East Coast Trip cz. 2

Zostawiając za sobą krainę fiordów, zjechaliśmy na wschodnie wybrzeże południowej Wyspy. Ze względu na niesprzyjającą pogodę, dużo szybciej niż zakładaliśmy. Zagłębiliśmy się zatem w broszurki z informacjami o kolejnych regionach, wrzuciliśmy trochę na luz i zdjęliśmy nogę z gazu. Na szczęście wybrzeże przywitało nas lepszą aurą i oprócz tęczy, którą widzieliśmy prawie codziennie, mogliśmy w pełni cieszyć się niesamowitymi widokami za oknem.

W poszukiwaniu pingwinów

W drodze z Północnej Wyspy, jeszcze na promie, udało nam się zobaczyć delfiny, później kolonię fok w Kaikourze. Do pełni szczęścia zostały nam tylko kaszaloty, które najlepiej oglądać na pełnym morzu oraz lwy morskie i pingwiny. Na te ostatnie uparłam się wybitnie i postawiłam sobie za punkt honoru ustrzelić fotkę pingwinów w miejscu, w którym nie będę musiała płacić za tę przyjemność majątku.

Miejscem, które kojarzy się w pierwszej kolejności po haśle „pingwiny” jest Oamaru. Niestety wizyta w kompleksie kosztuje sporo, a do tego oglądanie odbywa się wieczorem, właściwie już po zachodzie słońca, do tego ze sporej odległości. Z ulotki wyczytałam również, że obowiązuje absolutny zakaz fotografowania. Oczywistym stało się dla nas, że ze zdjęciem możemy się pożegnać. Pozostała zatem tylko ogromna chęć i przyjemność ze zwykłego „zobaczenia” pingwinów w ich naturalnym środowisku.

W Nowej Zelandii występuje kilka gatunków pingwinów, które łączą się w kolonie by u wybrzeży Nowej Zelandii gnieździć się i rozmnażać. Najpopularniejsze to bez wątpienia pingwiny żółtookie i niebieskie pingwiny małe. Gatunki te objęte są ochroną, a tu oznacza to, że absolutnie nie wolno zakłócać ich spokoju, stresować, wchodzić na plażę, w czasie w którym pingwin MOŻE znaleźć się na plaży i ogólnie najlepiej patrzeć z daleka, i do tego z ukrycia, żeby ich nie wystraszyć. Bo pingwin wystraszony to taki, który albo nie wyjdzie z wody, albo jeśli już wyjdzie, to nie wróci w kolejnym roku do gniazda w to samo miejsce.

Na pingwiny próbowaliśmy trafić od kiedy zjechaliśmy na wybrzeże. Na Nugget Point (Roaring Bay) dojechaliśmy za późno, w Oamaru kazali płacić za wstęp, na Banks Peninsula poprzedniego dnia widziano tylko 2 pingwiny, na Otago Peninsula przywitały nas rezerwaty pingwinów z biletami wstępu, a na Moeraki również przyjechaliśmy nie w czasie. Nam nie udało się zobaczyć nawet pół pingwina. Nawet kawałeczka. Widzieliśmy za to niezliczone ilości fok, a nawet lwa morskiego! Z tymi pingwinami to po trosze nasza wina, bo do punktów, w których zwierzaki można obserwować trafialiśmy albo za późno rano, albo za wcześnie wieczorem. A z naszym napiętym planem nie bardzo mogliśmy pozwolić sobie na czekanie godzinami. Do tego wybraliśmy też nienajlepszy czas. W maju pingwiny odpływają, po tym jak tracą upierzenie i zyskują „wodoodporność”. Wracają dopiero w sierpniu. Najlepiej próbować je wypatrzyć między listopadem a marcem. Cóż, ten punkt wycieczki trzeba będzie zrealizować latem ;)

Dunedin i prehistoryczne kamienie

Czytając o Nowej Zelandii wielokrotnie trafialiśmy na opinię, że będąc tu najlepiej szerokim łukiem omijać miasta. Bo miasto to miasto, wszędzie takie samo, poza tym nie ma tam nic ciekawego. O ile jadąc przez Północną Wyspę w wielu przypadkach pogląd ten się sprawdził (w wielu, nie we wszystkich), to na Południowej Wyspie zdecydowanie nie. Miasta owszem, są miastami. Nic specjalnego, nic nadzwyczajnego. Główna ulica, trochę sklepów, więcej ludzi. Jednak ilekroć wjeżdżaliśmy do któregoś, budzi to bardzo ciepłe odczucia. Oczywiście, nie ma co liczyć na wielkie metropolie po drodze. Zamiast tego wita nas prowincjonalny klimat, niezależnie od populacji, ilości neonów (o ile się zdarzały), deptaków i kawiarni, w większości odwiedzonych przez nas miast (a na Południowej Wyspie znowu tak wiele ich nie ma) panuje, można by to subiektywnie ująć, weekendowy luz. Nikt nigdzie się nie spieszy, a na ulicach nie ma cichej modowej rywalizacji. To nam się bardzo podoba. W zszarganych bluzach, bez prysznica nie wyróżniamy się za bardzo. W naszym rankingu odwiedzonych miast, numer jeden  to Dunedin z charakterystyczną wiktoriańską architekturą, najbardziej stromą ulicą na świecie i przepiękną panoramą widzianą z jednego z wielu okolicznych wzgórz.

Podoba nam się również, że zmieniając nieco plan „podróży” mamy czas, żeby zjechać z głównych dróg, a właściwie drogi. Patrząc na mapę możliwości nie ma za wiele. Dzięki temu trafiamy na farmę z Alpakami, na plażę w Moeraki, żeby zobaczyć wielkie prehistoryczne  kamienie przypominające gigantyczne żółwie jaja, na Monkey Island, gdzie dawniej Maorysi wypatrywali wielorybów, trafiamy na jeszcze bardziej malownicze boczne, szutrowe drogi, kolejne punkty widokowe, z których podziwiamy wschody i zachody słońca i jeszcze więcej fok pochowanych po krzakach ;)

Smakowanie wina

Jako wyznawcy czystego hedonizmu w kwestiach kulinarnych nie mogliśmy odpuścić sobie wizyty w jednej z licznych winiarni. Znaczną część Południowej Wyspy zajmują plantacje winogron wraz z winiarniami właśnie. Od Marlbourough przez Canterbury po Otago, czyli praktycznie całe wschodnie wybrzeże. My nasze kroki skierowaliśmy do Waipara Hills. Po pierwsze, ichnie wino piliśmy już wcześniej, a co znajoma marka, to znajoma marka, a po drugie, było nam zwyczajnie po drodze. Winiarnia znajduje się na trasie do Christchurch i ciężko ją przeoczyć. Budynek ma charakter tych „z filmów”. Jest drewniany, dobrze utrzymany, a tuż za nim rzędami odchodzą krzaczki winogron. Nas przywitały jesienne wysuszone badyle.

Waipara Hills to winiarnia rejonu Pegasus Bay. Nie bylibyśmy zatem sobą, gdybyśmy nie zebrali się i nie poszli rzucić okiem na wspomnianą zatokę. Przyjemny spacer nie tylko zaostrzył apetyt, ale dał również wymówkę do nagrodzenia siebie winną degustacją. Bawiliśmy się w przywoływanie skojarzeń po zapachu i smaku. Przetestowaliśmy w sumie 12 różnych win: owocowych, o lekko warzywnym posmaku, kwaśnych, słodkich, ciężkich, lekkich, smakujących latem i jesienią. Wyszliśmy z jednym. Zaletą nowozelandzkiego wina, niezależnie od ceny, jest zakrętka zamiast korka, dzięki czemu nie trzeba taszczyć ze sobą korkociągu, a i my mogliśmy dzięki temu delektować się wyśmienitym winem, w nagrzanym aucie zaparkowanym koło drogi, przegryzając bagietkę z twarożkiem.

Gordon PAMSay poleca

Zostając przy temacie kulinariów, przez cały ten czas całkiem nieźle dogadzaliśmy sobie delektując się wysokiej klasy potrawami przygotowanymi w aucie. Nasz główny asortyment stanowiły produkty z nowozelandzkiego supermarketu Pack&Save marki PAMS. PAMS oferuje znakomitej jakości asortyment w wybitnie niskich cenach :P Albo w sumie może zostańmy tylko przy wybitnie niskich cenach. Smakowaliśmy w crostini z salsą ze świeżych pomidorów (budżetowe nachos o smaku salsa), chrupiących francuskich bagietkach wypiekanych z pasją, podawanych ze świeżym twarożkiem z alpejskiego mleka (tania bagietka z najtańszym twarożkiem, smak zmieniał się każdego dnia). Na naszym „stole” nie mogło oczywiście zabraknąć świeżo mielonego pieprzu oraz płatków soli morskiej (czyli sól i pieprz, również opcja budżetowa :P). W towarzystwie bagietki pojawił się także śródziemnomorski humus z kroplą słonecznej oliwy z oliwek i świeżymi ziołami (niespodzianka, najtańszy czosnkowy humus), sałatka z suszonych pomidorów (humus z pomidorami), świeży ser feta na liściach szpinaku (humus z fetą i szpinakiem) oraz krucha czerwona papryka (humus paprykowy). W zależności od dnia bagietka bywała także bruschettą, ciabattą albo focaccią. Wśród stałych pozycji menu nie mogło zabraknąć ekskluzywnego deseru: szampana z truskawkami (butelka białego wina z promocji + chleb z budżetowym dżemem truskawkowym), angielskiego puddingu Trifle ze świeżych owoców (chleb z margaryną i tym samym dżemem, a jak!). Bawiliśmy się wybornie, wymyślając codziennie nowe nazwy dla tych samych „wykwintnych dań”. Grunt to mieć wyobraźnię ;) Swoją drogą, nasze kanapki z jagnięciną, o których pisaliśmy przy okazji pikniku, na prawdę były kanapkami z jagnięciną ;)

Reklamy

2 myśli w temacie “East Coast Trip cz. 2”

    1. Degustacja wina była rewelacyjna..hmm..w sumie wino było rewelacyjne ;) Widoki super, ale złapaliśmy się na tym, że po kilku dniach nie robiły na nas już takiego wrażenia, skoro tam WSZĘDZIE jest tak pięknie ;) wtedy zazwyczaj stukaliśmy się w czoło, żeby takie głupie myśli sobie wybić z głowy i na nowo cieszyć, tym co za oknem ;)

Podyskutujmy!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s